[PL]    [PL] [EN]

TÜV Rheinland Berliner Marathon-Staffel

TÜV Rheinland Berliner Marathon-Staffel

TÜV Rheinland Berliner Marathon-Staffel

Swojego udziału w sztafecie maratońskiej w Berlinie nie planowałem. Jednak osoby, które mnie znają wiedzą, że bardzo często podejmuję szalone decyzje i biorę udział w ciekawych imprezach biegowych. Tak było i tym razem.  

Propozycję startu w zawodach otrzymałem od kolegi Damiana Kabata, który zaproponował mi udział na tydzień przed terminem imprezy. Start traktowałem jako pewnego rodzaju  urozmaicenie. Bardzo rzadko uczestniczę w biegach sztafetowych, głównie są to starty indywidualne, także postanowiłem potraktować udział w sztafecie  jako miłą odmianę. Rywalizacja drużynowa różni się od tej indywidualnej, bo walczysz nie tylko dla siebie, ale dla całego teamu. Poza tym jest to rywalizacja bardzo widowiskowa, która zazwyczaj ściąga rzesze kibiców, których doping  dostarcza niezapomnianych wrażeń i emocji. Pomimo, że byłem bardzo pozytywnie nastawiony do startu, towarzyszyły mi również pewne wątpliwości. Byłem aktualnie w trakcie roztrenowania i miałem strasznie dużo innych zajęć. Głównie były to spotkania dotyczące metodyki treningu oraz te odbywające się w Sylwetce (mój partner). W piątek przeprowadziłem trening siłowy na nowo otwartej Hali Sportowej  w Nidzicy, a w sobotę z okazji urodzin klubu Sylwetka Fitness w Olsztynie poprowadziłem trening otwarty.  Miałem bardzo mało czasu żeby dostać się do Warszawy i złapać autobus do Berlina. Wiązało się to z dość długą podróżą (całonocną). Jednak to nie przeszkodziło mi, aby zameldować się wczesnym rankiem na miejscu startu.      Start odbywał się w Berlinie na nieczynnym  po amerykańskim lotnisku. W Berlinie zjawiłem się dokładnie o 7:30 rano, gdzie odebrał mnie Damian Kabat wraz z Hubertem Leśniakiem (osoba, która zorganizowała nam start). Prosto z parkingu ruszyliśmy na miejsce startu. Zawody miały rozpocząć się o 10:30. Po energetycznej kawie z KFC byłem gotowy na rozgrzewkę.  Nasza drużyna składała się z samych Polaków: Ja (12.200m), Marcin Zagórny(10km), Damian Kabat(5km), Patryk Piotrowicz (10km) i Sebastian Nowicki (5km). Każdy z nas był w bojowym nastroju, gotowy do walki o jak najlepsze rezultaty i naturalnie o wygraną!!!
    Startowałem na pierwszej zmianie, która była również najdłuższą w całej sztafecie- jak dla mnie idealnie. Sama oprawa startu była huczna-  był on umiejscowiony w ogromnym hangarze. 

Huk z głośników i krzyki tysięcy kibiców były wspaniałe, a zarazem przerażające, gdyż nie słyszałem własnych myśli. 1500 sztafet na starcie, ja w pierwszej linii z numerem 1 na piersi… coś niesamowitego. Po wystrzale startera ruszyłem mocno do przodu, pierwszy km planowałem rozpocząć wolniej, ale czułem się znakomicie. Zaowocowało to 2:57 na pierwszym kilometrze. Kolejne km były równie szybie, ale były dużo cięższe, ponieważ po wybiegnięciu z hangaru musiałem mierzyć się z bardzo zimnym i silnie wiejącym wiatrem i lekkim deszczykiem, ale to nie odbierało mi chęci do walki. Na 5km zegarek wskazał około 15:30’ ,więc całkiem żwawo. Nikt z konkurentów nie zdołał dotrzymać mi kroku. Trasa sztafety składała się z pętli o dystansie  5 km. Pokonałem tą drogę dwukrotnie, ciesząc się z wiwatujących okrzyków tłumu kibiców. Nie odbyło się oczywiście bez problemów. Na 7 km poczułem bardzo mocny ból brzucha. Musiałem znacznie zwolnić, ponieważ miałem odruch wymiotny.  2 km biegłem z bólem i niestety musiałem zwymiotować w czasie biegu, co nie było przyjemne, ale korzystnie wpłynęło na moje samopoczucie. Po tym incydencie mogłem wrócić na „wysokie obroty” i ukończyć zmianę w zaplanowanym tempie.  Średnie tempo wyniosło 3:07/ km (uważam, że trasa była troszkę dłuższa) , a na pomiarze właściwym oddałem pałeczkę w czasie 38:55. Mój czas dał nam przewagę 1:50s nad drugim zawodnikiem na tej zmia kolejnych zmianach członkowie drużyny dzielnie walczyli z rywalami i upływającym czasem. Oficjalnie wygraliśmy z dużą przewagą. Druga drużyna zameldowała się z ponad 5 minutowa stratą. Osiągnęliśmy czas- 2:14:56, który może nie był spektakularny (osobiście chcę atakować ten wynik w przyszłym roku), ale czas zszedł na plan dalszy. Liczyła się jedność i zaangażowanie drużyny i radość z  triumfu. Po zakończeniu imprezy i odbiorze trofeów, udaliśmy się na przysłowiowe „uzupełnienie płynów”. Zwycięstwo uczciliśmy toastem z lokalnego piwa. Nie żałuję, że zdecydowałem się pobiec w tych zawodach, super atmosfera, super zabawa i super ludzie. Mogę śmiało polecić ten bieg. Kto jak kto, ale Niemcy potrafią pokazać się z dobrej strony, jeżeli chodzi o organizację wielkich imprez biegowych.  

Po zawodach ruszyliśmy do domu, moja podróż powrotna była bardzo długa i męcząca, ponieważ znowu wracałem nocą. Jeśli w przyszłym roku będę miał możliwość wystartować w Berlinie, na pewno skorzystam z tej okazji.